Kameraman | Videomaker | Producent

Małe ośrodki kultury to dziś większe wyzwania niż duże instytucje

Pracuję w kulturze od dwunastu lat. Przez ten czas widziałem, jak wielkie muzea i teatry w miastach walczą o publiczność luksusowymi fasadami i grantami. Ale to małe lokalne centra kultury – te w gminach i miasteczkach – robią prawdziwą robotę. Mają mniej pieniędzy, często pracują na etatach poniżej minimum, a mimo to potrafią zmienić życie…

Pracuję w kulturze od dwunastu lat. Przez ten czas widziałem, jak wielkie muzea i teatry w miastach walczą o publiczność luksusowymi fasadami i grantami. Ale to małe lokalne centra kultury – te w gminach i miasteczkach – robią prawdziwą robotę. Mają mniej pieniędzy, często pracują na etatach poniżej minimum, a mimo to potrafią zmienić życie najbliższego otoczenia.

Weźmy choćby Miejsko-Gminny Ośrodek Kultury w Janikowie. To nie jest wielki kompleks z salą na tysiąc miejsc. To miejsce, które działa często na styku szkoły, świetlicy i domu sąsiedzkiego. I właśnie w tej skali tkwi ich siła. Nie udają, że są filharmonią. Robią to, co naprawdę potrzebne: dają przestrzeń do rozmowy, warsztaty dla dzieci, spotkania dla seniorów, a czasem zwykłą herbatę po próbie chóru.

Wielkie instytucje mają dział marketingu i budżet na kampanie. Mały ośrodek ma panią Grażynę, która pamięta, kto przychodził na zajęcia dziesięć lat temu. To robi różnicę. W takich miejscach nie chodzi o liczbę odwiedzin w skali roku, ale o to, że ta sama rodzina przychodzi od pokoleń.

Siła bycia blisko ludzi

Duże domy kultury w miastach często cierpią na chorobę gigantyzmu. Robią rzeczy dla anonimowego widza. Mały ośrodek wie, że jeśli w sobotę nie zorganizuje warsztatów ceramicznych, to nie przyjdzie nikt, bo wszyscy jadą do galerii handlowej. Dlatego reagują szybciej, słuchają bardziej, a programy układają na podstawie rozmów przy okazji, nie ankiet.

Kiedyś rozmawiałem z dyrektorką takiego ośrodka na Dolnym Śląsku. Mówiła, że największym sukcesem nie był koncert znanego zespołu, ale to, że po dwóch latach udało się odtworzyć strażacką orkiestrę dętą. Młodzi ludzie przyszli, zobaczyli, że to nie wstyd grać na tubie. Dziś ta orkiestra gra na dożynkach i na weselach. I to jest prawdziwa wartość – nie statystyka, tylko żywy organizm społeczny.

Ośrodki takie jak ten w Janikowie często borykają się z biurokracją i brakiem etatów. Ale mają coś, czego wielkie instytucje mogą tylko pozazdrościć – bezpośredni kontakt z odbiorcą. Kierownik zna wszystkich wolontariuszy po imieniu. Gdy ktoś proponuje nowe zajęcia, nie musi przechodzić przez trzy komisje. Po prostu próbuje. Czasem się udaje, czasem nie. Ale ta elastyczność jest na wagę złota.

Jak przetrwać w erze ekranów

Mówi się, że ludzie przestają wychodzić z domów, bo mają Netflix i smartfony. To prawda, ale tylko częściowo. Ludzie potrzebują fizycznego kontaktu. Potrzebują miejsca, gdzie mogą usiąść obok kogoś, kto nie jest członkiem rodziny, i porozmawiać o pogodzie, o plonach, o chorobie teściowej. Małe ośrodki kultury to takie miejsca. Nie konkurują z mediami społecznościowymi – uzupełniają je.

Widziałem, jak po pandemii niektóre małe domy kultury odbudowały frekwencję w kilka miesięcy, podczas gdy wielkie teatry wciąż grały do pustych sal. Dlaczego? Bo te małe miały już zaplecze zaufanych ludzi. Kiedy tylko otworzyły drzwi, przyszli ci sami seniorzy i rodzice z dziećmi. Nie przyszli dla programu, ale dla atmosfery. Dla poczucia, że to ich miejsce.

Ośrodki takie jak Miejsko-Gminny Ośrodek Kultury w Janikowie są dziś ważniejsze niż kiedykolwiek. Nie dlatego, że robią wielkie show, ale dlatego, że trzymają lokalną społeczność w ryzach. Gdy znikają sklepy, poczty i przystanki, właśnie kultura zostaje ostatnim węzłem społecznym. I trzeba o to dbać – nie grantami odgórnymi, tylko oddolną pracą i szacunkiem dla każdego, kto wejdzie przez próg.