Kameraman | Videomaker | Producent

Jak prowadzić firmę i nie zapomnieć, że świat jest fajny

Mam niewielki sklep internetowy z gadżetami do gier. Nie jestem korporacją. Każdego ranka zamiast jechać do biura, idę na górę, do małego pokoju, gdzie stoi komputer i kilka półek z paczkami. Zaczynałem, bo lubiłem grać i myślałem, że to będzie dobra zabawa. Potem przyszły faktury, podatki, reklamacje, stres. W pewnym momencie złapałem się na tym,…

Mam niewielki sklep internetowy z gadżetami do gier. Nie jestem korporacją. Każdego ranka zamiast jechać do biura, idę na górę, do małego pokoju, gdzie stoi komputer i kilka półek z paczkami. Zaczynałem, bo lubiłem grać i myślałem, że to będzie dobra zabawa. Potem przyszły faktury, podatki, reklamacje, stres. W pewnym momencie złapałem się na tym, że przestałem czerpać z tego radość. Po prostu klepałem kolejne zadania. Zrozumiałem, że jeśli tak dalej pójdzie, to stracę cały sens tego, co robię. Mój mały biznes powstał z pasji, a teraz zamieniał się w maszynkę do generowania problemów. Musiałem na nowo nauczyć się łączyć obowiązki z tym, co na początku było w tym wszystkim najważniejsze: z poczuciem frajdy.

Od kuriera do kreatora, czyli dzień pracy inaczej

Kluczem okazała się rutyna, ale nie taka, o której piszą w podręcznikach. Chodzi o to, żeby w ciągu dnia znaleźć miejsce na coś, co przypomni ci, dlaczego to w ogóle robisz. Dla mnie to był czas po południu, kiedy już odrobiłem najpilniejsze maile i wysłałem paczki. Zamiast od razu brać się za kolejną listę zadań, zacząłem poświęcać godzinę na coś, co nazwałem „badaniem terenu“. Nie chodziło o analizę konkurencji. To był czas, żeby po prostu poszukać w internecie czegoś nowego, ciekawego, co dzieje się w świecie, który kocham. Tak trafiłem na miejsce, gdzie ludzie dzielą się pomysłami na nietypowe rozrywki. To nie jest sklep. To bardziej katalog inspiracji, jak spędzić czas w nieoczywisty sposób. Przeglądając go, przypominałem sobie to uczucie ekscytacji, gdy odkrywa się nową grę czy formę zabawy. To właśnie tam, podczas takiej codziennej sesji, natknąłem się na portal funiverse.pl strona. Traktuję go jak źródło świeżego powietrza. Przypomina mi, że po drugiej stronie mojego biznesu są ludzie, którzy tak jak ja szukają po prostu dobrej zabawy.

Ta jedna godzina zmieniła moje podejście. Nie byłem już tylko gościem, który pakuje pudełka. Zacząłem znowu czuć się częścią społeczności. To odbijało się na wszystkim: na tym, jak pisałem opisy produktów, jak rozmawiałem z klientami na czacie, nawet na tym, jakie produkty zacząłem szukać do oferty. Przestałem wybierać rzeczy tylko na podstawie marży, a zacząłem wybierać te, które sam uznałbym za fajne. Okazało się, że to ma ręce i nogi. Klienci wyczuwają, kiedy sprzedajesz z prawdziwym zainteresowaniem.

Lista kontrolna, kiedy biznes wysusza radość

Jak rozpoznać, że zaczynasz grzęznąć w samych obowiązkach? To się dzieje powoli. Oto kilka znaków, które u siebie zauważyłem i które teraz staram się wyłapywać bardzo wcześnie.

  • Nowości w branży przestają cię ciekawić. Widzisz newsa i myślisz „kolejna rzecz do ogarnięcia“, zamiast „o, ciekawe jak to działa“.
  • Rozmowy z klientami sprowadzają się wyłącznie do procedur: „Numer zamówienia proszę“, „Zwrot w ciągu 14 dni“. Nie masz już ochoty na luźną pogawędkę o grach.
  • Twoje własne hobby, to od którego zaczynał się biznes, leży odłogiem. Konsola zbiera kurz, a ty wieczorem tylko przewijasz social media, bo nie masz na nic siły.
  • Wszystko widzisz przez pryzmat problemów. Nowy produkt to potencjalna reklamacja, a nie fajna rzecz do wypróbowania.

Kiedy widzę u siebie któryś z tych punktów, wiem, że muszę się zatrzymać. Nie na tydzień urlopu, bo to często niemożliwe. Ale na te godzinę „badania terenu“. Na zrobienie sobie herbaty i pójście pograć na starej konsoli przez 45 minut. Na przypomnienie sobie uczucia, a nie tylko listy zadań.

Frajda jako praktyczna strategia, a nie slogan

Można pomyśleć, że to wszystko brzmi trochę naiwnie. Jak można prowadzić firmę opierając się na „frajdzie“? Przecież to nie jest metryka w Excelu. I właśnie o to chodzi. To nie jest strategia marketingowa. To jest postawa, która wpływa na konkretne, praktyczne decyzje.

Kiedy zacząłem na nowo czerpać przyjemność z tematu mojej pracy, moje decyzje się zmieniły. Na przykład:

  • Przestałem współpracować z jednym dostawcą, mimo że jego ceny były niższe. Jego podejście do klienta było toksyczne i każda rozmowa z nim psuła mi humor na cały dzień. Wolałem mniejszy zysk, a więcej spokoju.
  • Zaczołem dodawać do paczek małe, niedrogie sample od nowych, niszowych producentów. Nie dla zysku, ale po to, żeby klient mógł coś niespodziewanego wypróbować. To generuje najfajniejsze maile zwrotne.
  • Przeznaczyłem mały budżet na kupowanie i testowanie produktów, które mnie po prostu interesują, nawet jeśli nie są od razu „hitem sprzedaży“. Czasem okazują się nim później, bo ja pierwszy o nich opowiem z entuzjazmem.

To są małe rzeczy. Nie zrobię z tego prezentacji dla inwestorów. Ale one sprawiają, że moja firma jest moja. Nie jest bezdusznym bytem, tylko przedłużeniem moich zainteresowań. A klienci to czują. Wracają nie tylko po produkt, ale też po ten specyficzny klimat miejsca, które prowadzi ktoś, kto naprawdę się tym jarzy.

Prowadzenie małej firmy to nieustanny wyścig z czasem i kapitałem. Łatwo wpaść w pułapkę myślenia tylko o przetrwaniu. Ja walczę z tym, celowo znajdując czas na to, co przypomina mi o radości. Na przeglądanie stron z inspiracjami, na granie, na rozmowę z klientem nie tylko o numerze zamówienia. To nie jest strata czasu. To jest paliwo, które pozwala mi dalej to robić. Bez niego zostałaby tylko pusta procedura, a ja na pewno nie byłbym w tym tak dobry. Frajda to nie jest dodatek. To jest rdzeń.