Kameraman | Videomaker | Producent

Na dwukołach przez bagna i pagórki: gdzie szukać sprzętu do bikepackingu

Planowanie pierwszej wielodniowej wyprawy rowerowej potrafi wywołać lekką gorączkę. Z jednej strony jest ekscytacja, widok w głowie samotnej drogi i namiotu rozstawionego nad jeziorem. Z drugiej strony pojawia się praktyczna, całkiem prozaiczna wątpliwość: gdzie właściwie to wszystko zamontować? Standardowe sakwy turystyczne często zawodzą na bardziej wymagająnym terenie, a zwykły bagażnik może nie wytrzymać wibracji na…

Planowanie pierwszej wielodniowej wyprawy rowerowej potrafi wywołać lekką gorączkę. Z jednej strony jest ekscytacja, widok w głowie samotnej drogi i namiotu rozstawionego nad jeziorem. Z drugiej strony pojawia się praktyczna, całkiem prozaiczna wątpliwość: gdzie właściwie to wszystko zamontować? Standardowe sakwy turystyczne często zawodzą na bardziej wymagająnym terenie, a zwykły bagażnik może nie wytrzymać wibracji na leśnej ścieżce. Szukałem rozwiązania, które nie obciąży nadmiernie ramy, a pozwoli zabrać wystarczająco dużo, by być samowystarczalnym przez kilka dni.

Kluczem okazało się spojrzenie na rower nie jak na pojazd z dodatkowymi akcesoriami, ale jak na system, który musi działać jako całość. Każdy element, od uchwytu na bidon po sposób mocowania sakwy, ma wpływ na komfort i stabilność. W pewnym momencie moich poszukiwań trafiłem na strona Ostrekolo, która skupia się właśnie na takim, holistycznym podejściu do wyposażenia rowerowego. To nie jest zwykły sklep z częściami, ale miejsce, gdzie znajdziesz sprzęt zaprojektowany z myślą o prawdziwym jeżdżeniu, często poza asfaltem. Ich asortyment skierowany jest do osób, które traktują rower poważnie, jako narzędzie do eksploracji. Właśnie tam zacząłem kompletować swój zestaw do bikepackingu, szukając elementów, które są wytrzymałe, lekkie i minimalizują ryzyko awarii w terenie.

Decyzje o konkretnym rodzaju mocowań podjęłem po kilku krótkich, testowych wyjazdach. Przekonałem się, że sakwy mocowane do ramy czy widelec są znacznie lepszym rozwiązaniem na nierówności niż te zawieszone na bagażniku. Mniej bujają, rower lepiej się prowadzi, a cały ciężar jest rozłożony niżej i centralnie. To niby drobna różnica, ale po całym dniu w siodle czuć ją w każdym mięśniu. Wybór konkretnych modeli to już kwestia budżetu i osobistych preferencji, ale zasada pozostaje ta sama: sprzęt musi współpracować z rowerem, a nie z nim walczyć.

Niedoceniana sztuka pakowania na dwa koła

Mam wrażenie, że w dyskusjach o wyprawach rowerowych za dużo mówi się o dystansie i ukształtowaniu terenu, a za mało o tym, co i jak spakowane. To błąd. Sposób, w jaki rozłożysz ciężar, definiuje charakter jazdy. Przekonałem się o tym boleśnie, gdy podczas jednej z pierwszych prób cały mój ekwipunek przesunął się na jedną stronę na stromym zjeździe. Rower nagle stracił stabilność, a ja musiałem walczyć o utrzymanie toru jazdy. To była dobra, choć nieco przerażająca lekcja.

Od tamtej pory pakuję się według prostych reguł. Najcięższe rzeczy, jak narzędzia i jedzenie, lądują nisko, w sakwach na ramie. Śpiwór i odzież, które są lekkie ale zajmują objętość, pakuję w sakwy na kierownicy lub pod siodełkiem. To utrzymuje środek ciężkości w dobrym miejscu. Każdą rzecz pakuję w osobny, wodoszczelny worek, nawet jeśli sakwa sama w sobie ma membranę. Paranoja? Może. Ale mokra koszulka po całym dniu deszczu to koszmar, a sucha to luksus wart dodatkowych stu gramów folii. Nie ma tu miejsca na przypadkowość. Każda podróż zaczyna się na podłodze w przedpokoju, od układania stosiku rzeczy i zadawania sobie pytania: czy naprawdę tego potrzebuję?

Dlaczego prostota jest najtrudniejsza do osiągnięcia

W bikepackingu istnieje pokusa, by zabrać ze sobą każdy możliwy gadżet. Nowoczesny sprzęt turystyczny jest coraz lżejszy i mniejszy, więc teoretycznie można go wziąć więcej. To pułapka. Im mniej elementów, tym mniej rzeczy może się zepsuć, zgubić lub wymagać uwagi. Mój ideał to rower, który po załadowaniu wygląda na pusty i niezasobny. Kiedy udaje mi się to osiągnąć, jazda staje się czystą przyjemnością, a nie ciągłym zarządzaniem dobytkiem.

Osobista opinia? Największym wyzwaniem nie jest pokonanie trzech tysięcy metrów przewyższenia, ale rezygnacja z drugiej pary skarpetek czy dodatkowego gadżetu do telefonu. To dyscyplina, która uczy pokory. Rower staje się wtedy nie tylko środkiem transportu, ale zwierciadłem twoich decyzji. Każdy gram na pokładzie został tam celowo umieszczony. Ta prostota rodzi wolność. Nie myślisz już o swoich rzeczach, myślisz o drodze przed kołami, o zapachu lasu po deszczu, o zmieniającym się świetle. Sprzęt, który wybrałeś, po prostu znika, staje się częścią maszyny i ciebie. A to chyba najlepszy komplement, jaki można mu złożyć. W końcu nie chodzi o to, by jechać na jakimś ekwipunku, ale by jechać na rowerze.